Paweł Grunert — Po śmierci powrócę w postaci krzesła
Paweł Grunert był marzycielem. Człowiekiem lasu. Najlepiej czuł się w swojej pracowni ukrytej pod Warszawą. Tam — w drewnianej stodole opatrzonej znakiem Meblarium — zbudował własne uniwersum z wikliny, ziemi, korzeni, gałęzi i trzciny, a z czasem także z betonu oraz stali. Jego prace wisiały pod sufitem, jakby nie obowiązywała ich grawitacja, „kwitły” w ogrodzie, wchodziły ze sobą w romanse i mezalianse. Zawsze ubrany na czarno, z nieodłącznym papierosem, tworzył niemal maniakalnie, a szkicowniki wypełniał pomysłami, które mogłyby ilustrować książki Saint-Exupéry’ego.
Wiklina ma początek, ale nie ma końca. Anektuje przestrzeń. To zresztą cecha gąszczu. Nie ma granic — kadrowanie je ustala. Gdy pozostawimy go w spokoju, granice znów zanikają. Gąszcz jest gąszczem, jest gąszczem, jest gąszczem…— Paweł Grunert
Choć w jego warsztacie pojawiały się stoły i szafy, szczególne miejsce od początku zajmowały siedziska: krzesła, fotele, trony. Pierwsze realizacje opatrywał tytułami — „Koronę cierniową”, część dyplomu, obronił w 1990 roku z wyróżnieniem na ASP u legendy polskiego wzornictwa, Teresy Kruszewskiej. Z czasem jednak zmienił metodologię na bardziej matematyczną, oznaczając kolejne prace symbolem SIE i cyframi — po to, by nie narzucać interpretacji. Siedziska traktował nie tylko jako temat osobisty, lecz także jako element dialogu z poprzednimi pokoleniami artystów i projektantów: pole popisu dla wyobraźni i umiejętności, ale przede wszystkim archetyp domowego pejzażu, z którym człowiek nawiązuje intymną relację.
W jego praktyce szczególne miejsce zajmowała wiklina — „narowista”, jak mówił. Nie uczył się jej wyplatać; przeciwnie — z upodobaniem ją rozpuszczał, uwalniał. Nie interesował go splot ani rzemieślnicza poprawność. Fascynowała go jako masa: składowana w magazynach, pachnąca po gotowaniu, ustawiana w wysokich, gęstych ścianach, kadrowana i przycinana jak żywopłot, zbijana w snopki przypominające wiejskie miotły. Mówił o jej potędze, ale też chwiejności — o tym, że w jednej chwili jest monolitem, w innej rozprasza i nie daje się okiełznać.
Z tej sprzeczności budował swoje obiekty. Zderzał wiklinę ze stalą, reprezentującą w jego języku estetykę „techno”. Miękkie ubierał w ramy z twardego, ciepłe łączył z zimnym, organiczne — z industrialnym. Wszystko „podlewał” percepcyjną pułapką i konstrukcyjną zagadką, które zagarniały w jego świat, performowały — dopełniały się poprzez działanie użytkownika.
„Po śmierci powrócę w postaci krzesła” jest hommage’em dla twórcy, który przez lata pozostawał osobny, bezkompromisowo konsekwentny, i który wprowadził do polskiego designu zmianę perspektywy: z projektowania kontroli na projektowanie współistnienia. Bohaterami wystawy są meble — zarówno historyczne, jak i powstałe w ciągu ostatniego roku — lecz jej ambicją jest pokazanie, jak w praktyce Grunerta przestają być przedmiotami, a stają się stanem przejściowym: momentem, w którym materia na chwilę układa się w formę, zanim znów zacznie działać według własnych zasad.
Kuratorka: Aleksandra Krasny
Partnerzy: Vogue Polska, Rita Fume
Poprzednia wystawa
Paweł Grunert — Po śmierci powrócę w postaci krzesła
Paweł Grunert był marzycielem. Człowiekiem lasu. Najlepiej czuł się w swojej pracowni ukrytej pod Warszawą. Tam — w drewnianej stodole opatrzonej znakiem Meblarium — zbudował własne uniwersum z wikliny, ziemi, korzeni, gałęzi i trzciny, a z czasem także z betonu oraz stali. Jego prace wisiały pod sufitem, jakby nie obowiązywała ich grawitacja, „kwitły” w ogrodzie, wchodziły ze sobą w romanse i mezalianse. Zawsze ubrany na czarno, z nieodłącznym papierosem, tworzył niemal maniakalnie, a szkicowniki wypełniał pomysłami, które mogłyby ilustrować książki Saint-Exupéry’ego.